Wyszukiwarka
Kalendarium
bezet (55)
Krótka charakterystyka: lekkie ADHD, bezgraniczne uwielbienie dla owczarzyny podhalańskiej, husky i Kiciaka, kinematograficzne zmanierowanie i silna mania czytelnicza, poparta toksyczną wręcz tradycją rodzinną, która każe "widzieć jasno w zachwyceniu".
Zobacz wszystkie wpisy
Amerykańska rozrywka bez przymrużenia oka
Czytałam książkę Stiega Larssena i oglądałam film nakręcony przez jego rodaków. Powinno wystarczyć. Powody, dla których postanowiłam obejrzeć Dziewczynę z tatuażem Davida Finchera są zatem następujące:
1/ Daniel Craig
2/ciekawość jak Amerykanie przerobili pierwowzór
Wrażenia?
Zacznę, całkiem logicznie, od pierwszego punktu: Craig szuper, jak zawsze: powściągliwy, pociągający i b. męski. I do tego naprawdę fajnie wygląda:)
Co do punktu drugiego: A. przerobili obraz na sobie znany sposób. Film ewidentnie powstał dla amerykańskiej widowni, która nie lubi (nie potrafi?) czytać napisów, w związku z czym jest silnie na bakier z obcą kinematografią (wiadomo, lubią walczyć z obcymi cywilizacjami). Taka świadomość targetu trochę boli...
Ale spoko, Dziewczyna daje radę. Nie da się jednak uniknąć porównań do: a/ literackiego pierwowzoru, b/ szwedzkiej wersji i pod tym względem obraz Finchera w pewnych punktach odpada w przedbiegach.
Dobra, Dziewczyna jest b. dobrze zagrana (o Craigu już było, Rooney Mara jest niesamowicie intrygująca, momentami nawet fascynująca, ale brakuje jej drapieżności Noomi Rapace, i fajnie dziecięco sepleni, choć ciężko mi określić, czy z powodu piercingu czy wady wymowy), ma odpowiednie tempo (do czasu, ale o tym potem); strona wizualna jest ok (fajna czołówka), choć nie rzuca na kolana, lekko neurotyczna muzyka Trenta Reznora wciąga i... no, to by było chyba na tyle.
Moim skromnym (i osobistym:)) zdaniem obraz pozbawiony jest jednej, za to najważniejszej rzeczy: klimatu. Brak tu przede wszystkim typowo skandynawskiego chłodu (i nie mówię tu o uchwyconych w kadrze marnych -17 stopniach, mających nam niby pokazać, jak to bywa zimno w tych odległych krainach. W kontekście naszych prywatnych polskich temperatur taki kadr tylko śmieszy) i ichniejszego wewnętrznego popaprania. To po prostu tylko mocne, czysto rozrywkowe kino akcji (dobra, Sherlock Holmes Guya Ritchiego niby też, ale tam chociaż mrugają do nas okiem).
Aha, miała być uwaga do „tempa”: ostatnie 20 minut filmu to totalna porażka – paskudnie siada i zaczyna wiać nudą. Wygląda trochę jak doklejka z innego filmu, dla mnie ewidentnie jest to zapowiedź kolejnej części. W wersji szwedzkiej pojawiły się te same elementy, tylko zostały potraktowane bardziej skrótowo. Nie wiem, może Amerykanie są na tyle nierozgarnięci, że trzeba im krok po kroku wszystko wyjaśniać?
Dodam jeszcze mały „atut”: świetnym zabiegiem było używanie szwedzkiej wymowy imion, nazwisk i nazw własnych. Zwłaszcza, że to taki uroczo skomplikowany język:)
Najaktywniejsi blogerzy
zobacz wszystkich blogerów
Archiwum blogowe
zobacz wszystkich blogerów
Archiwum blogowe
2012
styczeń (8)
luty (15)
marzec (10)
kwiecień (9)
maj (10)
2011
styczeń (4)
luty (1)
kwiecień (11)
maj (9)
czerwiec (11)
lipiec (16)
sierpień (6)
wrzesień (15)
październik (17)
listopad (1)
grudzień (7)
2010
styczeń (3)
luty (7)
marzec (13)
kwiecień (9)
maj (4)
czerwiec (10)
lipiec (13)
sierpień (5)
wrzesień (9)
październik (3)
grudzień (1)










Kalendarium roczne

