Wyszukiwarka
Kalendarium
Kraków jest najważniejszy
Rozmowa z Witoldem Wnukiem, organizatorem Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy Pod Baranami
Pamiętam, jak trzynaście lat temu pojawił się Pan w naszej redakcji z pomysłem na letni festiwal jazzowy. To było miłe zaskoczenie – wtedy w Krakowie niewiele działo się w wakacje...
Już od połowy lat 80. większość czasu spędzałem w Kuwejcie. Moja tęsknota za Krakowem narastała. Z drugiej strony, przyjeżdżając tu, rozmawiałem z Piotrem Skrzyneckim, który namawiał mnie, żeby wrócić do tradycji niegdysiejszych letnich akcji jazzowych – pamiętając mnie jako ich ówczesnego organizatora. Znalazło się kilku sponsorów na skromne kwoty i przy okazji 40-lecia Piwnicy pod Baranami można było ruszyć z pierwszym festiwalem. Nagle okazało się, że na koncertach stawiają się tłumy.
Równocześnie startował festiwal Kraków 2000, Kraków wchodził w czas rozwoju projektów kulturalnych, w mieście pojawiło się dużo turystów – nastąpił szczęśliwy splot okoliczności. Wtedy poczułem, że to jest projekt na wiele lat. Niemal od początku więcej niż połowa publiczności to obcokrajowcy, w tym roku także mamy bardzo dużo rezerwacji z zagranicy.
Jak to się właściwie stało, że Pan – tak mocno osadzony w krakowskim życiu muzycznym – przeniósł się do Kuwejtu?
Jako absolwent Akademii Muzycznej w klasie wiolonczeli jestem muzykiem klasycznym, ale hobbystycznie grywałem również jazz na fortepianie i perkusji. Współpracowałem ze Starym Teatrem, Januszem Muniakiem, byłem też członkiem zespołu Ewy Demarczyk. W latach 80. ubiegłego wieku coraz trudniej było zarabiać w Polsce, współpracując nawet z prestiżowymi artystami. W końcu związałem się z zespołem muzyki popularnej „Markus” wyjeżdżającym na Bliski Wschód w celach czysto zarobkowych i trafiliśmy do Jordanii, a potem do Kuwejtu...
Trafić, a osiąść – to jednak różnica.
Ale kiedy tam byłem, szukano wykładowcy do nowo założonego Wyższego Instytutu Muzycznego w Kuwejcie, odpowiednika Akademii Muzycznej, do klasy wiolonczeli. Przyjąłem tę ofertę i od 1989 roku przez wiele lat wykładałem w tej klasie. Wtedy też coraz bardziej odkrywałem w sobie talenty organizatorskie – razem z moim przyjacielem Cezarym Owerkowiczem założyliśmy w 1992 roku Kuwait Chamber Philharmonia – regularny sezon koncertowy, w ramach którego odbyły się do dzisiaj setki koncertów, także z udziałem gwiazd takich, jak Ivo Pogorelić, Konstanty A. Kulka, Janusz Olejniczak. Za tym przyszedł Gulf Jazz Festival, który ogarniał stopniowo wszystkie kraje Zatoki Perskiej – Kuwejt, Dubaj, Bahrajn, Katar – i na którym dotąd zdążyły pojawić się wszystkie chyba gwiazdy polskiej sceny jazzowej, niektóre wielokrotnie – w tym roku Jarek Śmietana był tam już po raz szósty. W przyszłym roku – roku Chopinowskim – organizuję w krajach Zatoki Perskiej Chopinowskie Tournée NOSPR z wybitnymi pianistami i dyrygentami, a finałowy koncert w Abu Dhabi poprowadzi Krzysztof Penderecki. Dzielę swój czas między Kraków i Kuwejt, a zainteresowania – między muzykę klasyczną i jazz.
Miał Pan momenty zwątpienia w ciągu tych festiwalowych lat?
Nie miałem, jestem z natury optymistą, poza tym Kraków jest dla mnie najważniejszy. Moja firma w Polsce i Kuwejcie – Cracovia Music Agency – ma Kraków w nazwie i o ile moim arabskim rozmówcom zdarza się mylić „Poland” i „Holland” – to mojego miasta już z niczym nie mylą. Promuję Kraków jako światowe, magiczne, promieniujące centrum kulturalne. Kiedy zmarł Piotr Skrzynecki, użyłem wszystkich moich znajomości i doprowadziłem do tego, że na pierwszej stronie kuwejckiej gazety „Arab Times” ukazało się duże zdjęcie Piotra z informacją, że zmarł wielki człowiek, prawdziwy mag polskiej i europejskiej kultury.
A ma Pan jakieś plany, niespełnione marzenia?
Oczywiście – chcę wybudować w Zakopanem, na moich rodzinnych terenach, centrum kulturalne z klubem jazzowym, galerią i hotelem przy zakopiańskiej restauracji U Wnuka, której jestem współwłaścicielem. To na starsze lata, które, niestety, już się zbliżają dużymi krokami (śmiech). A co do muzyki, to chciałbym, żeby na krakowskim festiwalu pojawił się George Benson (jako gitarzysta!) albo ostatni z wielkich – Sonny Rollins. Mam już kontakt z ich agentami – i oni w końcu przyjadą.
Tegoroczne koncerty w krakowskiej Operze – m.in. big-band NDR, Maria Schneider i Joe Lovano – to wielkie jazzowe święto.
To – mówiąc krótko – wielkie gwiazdy. Co więcej, mam nadzieję, że moja współpraca z Hamburgiem, dzięki której mamy NDR, przerodzi się w stałą wymianę projektów jazzowych między naszymi miastami.
Teraz w Polsce jest dla jazzu lepszy czas niż na świecie – nasze festiwale rozkwitają, podczas gdy wszędzie promuje się głównie tanią, komercyjną „szmirę”. W tym roku zniknęła z mapy prawdziwa legenda – New York Jazz Festival. To się nie mieści w głowie. Do nas wszystkich należy troska o to, żeby jazz trwał, rozwijał się i nadal był inspiracją dla innych sztuk. Nadzieją są również młodzi prężni organizatorzy i managerowie – których tu, w Krakowie, w ostatnich latach coraz więcej. To napawa optymizmem.
Rozmawiał Grzegorz Słącz
Karnet 7/2009










Kalendarium roczne


